Żałujesz, że nią nie jesteś z wyjątkiem chwil, gdy zapalają się stosy.

Rozum śpi

Posted in granice by aife on 14/10/2010

Bezsenność i choroba powoli wykańczają moje ciało. I umysł. Pięć godzin podróży pociągiem wywołało ogólne znieczulenie.Martwy wzrok. Współtowarzysze podróży przyglądali mi się niespokojnie. Wszyscy eleganccy, garnitury, koszule, poważne gazety. I po środku ja, zrezygnowana bezlitosnym przydziałem miejsca bez oparcia. Szybka konstrukcja z torby od aparatu, płaszcza i szalika i jestem w stanie oprzeć głowę. Zasypiam. Budzę się po godzinie i mam wrażenie, że tak naprawdę z letargu wyrywają się same powieki, umysł śpi nadal, ogłuszony. Odruchowo przyjmuję gratisowe ciastko i sok od pana wózkowego nie pamiętając nawet, czy wydusiłam z siebie męczeńskie „dziękuję”. Chwytam się kurczowo tęsknoty, żeby nie popaść w całkowitą pustkę. Zaczynam wyczekiwać ostatniego etapu podróży. Siedem minut spóźnienia i opuszczam próżniową komorę. Gdy myślę, że najgorsze za mną, zimny powiew wiatru wytrąca mnie z równowagi. Nogi uginają się zaskoczone, dłonie sinieją. Usta zaczynają bezwładnie tańczyć z zimna, później ramiona, cała ja. Spinam mięśnie próbując okiełzać swoje ciało, przez co tracę kontrolę nad oddechem. To tylko kilkaset metrów, może nawet kilkadziesiąt, a ja zaczynam czuć jak ogarnia mnie panika i wściekłość. Z pragnieniem wytchnienia niemal wbiegam na dworzec, żeby schować się przed przyczyną utraty kontroli, łapię oddech. W myślach dopowiadam sobie, jak ohydne powietrze musiałam wchłonąć, by wypełnić w końcu swoje płuca. Nos na szczęście od dawna nic nie czuje. Ludzi wcale nie mało, unikam ich spojrzeń, staram się przywołać się do porządku, zagryzam dolną wargę, która jeszcze zdradza moją słabość. Normalny do Jeleniej Góry poproszę – silę się na najmilszy możliwy ton, mając wrażenie, że pani kasjerka świstkiem papieru wartym dwadzieścia złotych ma mi uratować życie. Gdy pytam zdezorientowana o peron, nie skąpi mi pouczającego tonu poprawiając, że mówi się stanowisko i z pogardą rzuca numerkiem. Odchodzę obojętna i dopiero wtedy zaczynają do mnie docierać wzburzone głosy bywalców dworcowych. Gubię gdzieś pod ławkami ostatnie siły, pojawia się nieuzasadniony strach. Mam ochotę siąść na obrzydliwej, zdeptanej przez tysiące, dworcowej posadzce i rozpłakać się jak dziecko. Biorę się sama za rękę i prowadzę do mini baru, zamawiam herbatę i uciekam na peron, już lepiej. Już jadę, wracam. Słów też mam już dość, dość, dość.

Advertisements

Jedna odpowiedź

Subscribe to comments with RSS.

  1. anoola said, on 14/10/2010 at 9:40 pm

    ja wtedy płaczę. z bezsilności i zmęczenia jest mi najłatwiej


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: