My baby shot you down
To jedna z tych sesji, gdy czujesz spokój w powietrzu. Nie jest zmęczone wciąż przedzierającymi się przez nie ludźmi. Zastyga, ale nie dusi. Nie dusi mimo leniwie lewitującego dymu, tego z maszyny i tego z papierosa. Czerwony reflektor palił go czule, a on tańczył powoli. Otoczona przeszłością na ścianach czułam się bezpiecznie i pewnie. To był mój świat, kawałek dzieciństwa, ten najlepszy. Dziś nieco starsza, nie wiem czy mądrzejsza, na pewno bardziej świadoma. Ściągam wzrokiem ze ścian starą fotografię małej dziewczynki pośród lasu i chowam do serca kieszeni. Na chwile zwątpienia.
















modelka: Kasia | stylizacja: Asia | make-up: Villk | produkcja: Bubble Factory
VI Przejście dookoła Kotliny Jeleniogórskiej
Rok temu pisałam o grupie odważnych. Wówczas było ich 161, w tym roku ponad 230. Wtedy byłam świeżą duszą na mecie, która z rozszczepioną paszczą mogła obserwować kolejnych prawie bohaterów, którzy w niecałe 48h przeszli 150km szlakami górskimi dookoła Kotliny. Dumna wyczekiwałam swojego bohatera, który po przejściu mety zabrał mnie na spacer. Tym razem chciałam czegoś więcej – poczuć atmosferę kotliny, poczuć to piękne zmęczenie. Nie, nie szłam i pewnie nie mam prawa pisać o zmęczeniu, ale zapewniam, że nie jeden z organizatorów powie Wam, że 30h czuwanie na punktach, ciągłe jeżdżenie za uczestnikami, meldunki w środku nocy też potrafią dać popalić.
Start, minuta przed dwudziestą poświęcona jak zwykle pamięci chłopaków Daniela Ważyńskiego i Mateusza Hryncewicza. Ktoś stawia znicz w małym kręgu utworzonym przez tłum ludzi. Nagle czas się zatrzymuje, a przecież jeszcze chwilę temu wydawało się go tak mało. Wrzawa wydawania paczek z numerami, sprawdzanie wyposażenia uczestników, światło, apteczka, telefon powtarzane jak mantra… i nagle cisza. Patrzę na rzędy twarzy i myślę o rzędzie dusz. Coś mimowolnie łapie mnie za gardło. Oczy wędrują dalej i widzę na uboczu ojca Daniela, który jeszcze chwilę temu prosił o koszulkę i plakat. Przychodzi co roku. Uścisk w mostku przerywa oznajmienie godziny 20. Wyruszyli.
Zapakowani na blaszanego potwora Maćka zwanego miśkiem pniemy się w górę ku Śnieżce. Czuję pewnego rodzaju poczucie winy. Święta Góra, której nigdy nie zdobyłam, przemierzana czterema kółkami. Falstart do poprawienia. Wina powoli ustępuje, gdy zatrzymujemy się pod Domem Śląskim, w końcu to jeszcze 200m do szczytu. Chłopaki chowają się w schronisku, które wita ich ciepłem bijącym od drewnianych ścian, ja z Mateuszem zostajemy na dworze jeszcze przez chwilę. Przez jedną chwilę, która była najbardziej magiczną z wielu ostatnio przeżytych.
Pierwsze czołówki zmierzające czarną granią tuż nad nieprzyzwoicie wręcz gwieździstym niebem. Spacerujące po skraju ziemi ruchome gwiazdy paraliżują i hipnotyzują. Gdzieś za plecami miasto, cała rozpalona małymi światełkami kotlina. Jezioro śpiących ludzi i czuwających latarni, a ja otępiona żywymi gwiazdami nie potrafię docenić jego uroku. Troskliwe ramie otula mnie i zabiera do ciepłego schroniska. Czas na herbatę.
Pierwsi uczestnicy pojawiają się w Domu Śląskim. U większości nie widać śladu zmęczenia. Zastanawiam się czy to naprawdę ludzie. Wybija mnie jednak z gdybania hasło, że grupa z miśka wybiera się na szybki spacer na Śnieżkę. Poszłam i ja, ‘co ja będę tu sama siedziała’ – pomyślałam. Głupi i uparty charakter odebrał mi radość ze szczytu. Szarżowałam za wprawionymi chłopakami dziarsko pod górę, że u kresu odcinka byłam bliska agonii. Po dłuższym odpoczynku u stóp obserwatorium nadal nie czułam satysfakcji. Patrzyłam na świetlny łańcuch ludzi zmierzających moimi śladami i magia gdzieś umknęła. Schodząc z błogim uczuciem lekkości czułam jednak, że te pierwsze ruchome gwiazdy zostaną we mnie na zawsze, a Święta Góra? Kiedyś tam wrócę.
Resztę nocy jeździliśmy po punktach, aż o świcie zmógł nas sen. Trzy godziny później zawitaliśmy na Różankę, gdzie dziewczyny przywitały zarówno nas jak i uczestników ciepłym posiłkiem, zadziwiająco smacznym. Sygnał od chłopaków, czas ruszać na Perłę Zachodu, której nie opuściliśmy przez następne 30h. Ludzie przychodzili i odchodzili. Zmęczenie, odciski, kontuzje, ale i uśmiechy. Chodzą na czas, chodzą, bo się ścigają, chodzą, bo kochają góry, chodzą, bo takiej atmosfery jak tam, nie ma na żadnym innym rajdzie. Powodów było wiele, żaden lepszy czy gorszy od drugiego. Ci co przebiegają trasę w niecałe 30h mówią, że nie dali by rady przeżyć 48h w górach. Ci co kończą trasę niemal równo po 48h uważają biegaczy za paranormalne zjawisko. Mimo to w większości istnieje zrozumienie i szacunek. Daniel i Mateusz z pewnością pogratulowaliby każdemu, a niebo w tym roku wyczarowali nam niezapomniane…
O tym, że mam aparat ze sobą obudziłam się prawie na sam koniec.
























Gratuluję raz jeszcze uczestnikom, gratuluję organizatorom, a przede wszystkim dziękuję. Więcej oficjalnych informacji na stronie przejścia www.przejściekotliny.pl
Girl, you gotta change your crazy ways
Wiedziałam, że gdzieś we Wrocławiu po drodze z dworca do Galerii Dominikańskiej, jest to miejsce.
- Ale co tam jest?
- Kolumny takie, ładne cienie, przestrzeń, spokój, mało ludzi. Zobaczysz, spodoba Ci się.
Uparcie ciągnęłam dziewczyny przez skwar mając w głowie wyobrażenie idealnej miejscówki sprzed wielu lat. Po dotarciu na miejsce modelka Gabrysia uświadomiła mnie, że to Wzgórze Partyzantów owiane raczej złą sławą (pijacy, itd.). Mnie jednak owa sława bynajmniej mało obchodziła, bardziej zmartwiłam się widokiem jakiejś kawiarni i wielkiej sceny. Tego nie było wcześniej…
Początkowa przeszkoda okazała się dodatkową atrakcją, a gdy na koniec z opuszczonej sceny ryczał do nas Steven Tyler o tym, że jesteśmy Crazy, śpiewałam i tańczyłam z aparatem robiąc ostatnie ujęcia, podczas gdy Gabi skakała w fontannie. Takiego obrotu spraw żadna z nas się nie spodziewała i dobrze, bo takie niespodzianki lubimy najbardziej.














modelka: Gabi | stylizacja: Asia | make-up: Villk
No i oczywiście wspomniany wcześniej utwór.
You turn it on – then you’re gone
Yeah you drive me crazy, crazy
Crazy for you baby
What can I do, honey
I feel like the color blue
Przed snem
Pani Krystyna Janda swoimi pamiętnikami sprowokowała we mnie myśli o częstszym pisaniu. Ma rację, że w codziennych, pozornie nudnych i oczywistych sprawach odnajdujemy najwięcej radości. A może po prostu normalności. Czasu na pisanie w pociągach było mnóstwo, spraw było mnóstwo. Tylko jakoś siły brak. Ostatnie dni znów opierały się na podróżach, od Gdańska po Rabkę. Góry i góralska gościnność zwyciężyły nad brakiem lądu na horyzoncie. Morze ma to do siebie, że zachwyca mnie tylko na chwilę, za moment nudzi. Góry za to niezmiennie od pewnego czasu wabią i hipnotyzują. Marze o nich zatopionych w jesiennym słońcu.
Mijała siódma godzina podróży, tuż u jej kresu sięgnęłam po telefon i zaczęłam przeglądać małe zrywki wspomnień, które uwieczniłam dzięki temu szczwanemu wynalazkowi. Genialny gadżet! I zrozumiałam to właśnie wczoraj, gdy przeglądałam te niepozorne obrazki. Byłoby czymś niesamowicie interesującym znaleźć telefon nieznajomej osoby i próbować opowiedzieć sobie jej historię na podstawie obrazów jakie uwieczniła. Kim byli dla niej ludzie ze zdjęć, jak wyglądała jej codzienność, co było ważne, kto ją rozśmieszał, co lubiła jeść, gdzie bywała, itd. Jak dla mnie to i scenariusz z tego mógłby dobry powstać. Przeklikując kolejne ujęcia zastanawiałam się… Kim byłabym ja?

[fragment wystawy Europa - to nasza historia]
To łatwe, niemożliwe, trudne, warte próby
Byliśmy nad jeziorem. Nie pamiętam kiedy ostatnio oddaliłam się na więcej niż trzy metry od brzegu, a pływanie sprawiło mi przyjemność. Ostatnia niedziela jednak pogodziła mnie z dziką wodą. A dokładnie to nie niedziela, a Jego obecność, która zawsze sprawia, że czuję się bezpiecznie. Przełamuję kolejne bariery i nie zauważam nawet kiedy przemieniają się w przyjemne doznania.
Lubię jak podtrzymuje mnie delikatnie na wodzie, czy podbiega i unosi nad chodnikami. Latam odpływając w nierealne.

I jak to Pani Szymborska napisała: “Kobieta albo kocha, albo się uparła”.
Kocham za to, że kochać nie muszę, a pragnę całym sercem. Z każdym dniem coraz bardziej, dziwiąc i ciesząc się jednocześnie, że to jest możliwe.