When The Moon Is Round And Full
Jest coś takiego jak wschód księżyca? To znaczy wiem, że jest, tylko nie wiem, czy fachowo się to tak nazywa. Nieważne, wczoraj był jeden z najpiękniejszych wschodów księżyca jaki widziałam w życiu. Cieszyłam się, że siedzę na miejscu pasażera, bo w momencie, gdy go dostrzegłam, wylądowałabym na pierwszym możliwym drzewie. Był ogromny, przez moment zastanawiałam się, czy nie jestem bohaterką Melancholii. Pochłoną mnie całkowicie. Był nisko, za nisko. Co chwilę skrywał się, a to za drzewami, a to za domami. Mój organizm wyłączył się na inne funkcje odczuwania, zostało tylko przebijanie się wzrokiem przez zabudowania i tęsknota za magnetyzującym widokiem. Chwilę później z trudem powstrzymywałam się od biegu, by wyminąć domy, ulice, ludzi. By znaleźć się na otwartej przestrzeni, by znów go zobaczyć.
Stałam na parkingu pod marketem o nieistotnej nazwie, mijana przez ludzi z przepełnionymi reklamówkami za kilka groszy. Zahipnotyzowana. Był już mniejszy. Zdążył mi nieco uciec, ale był, cholera… nadal był przepiękny. Kiedyś pisałam o tym, dlaczego północ jest najważniejszą godziną w ciągu dnia, nie potrafię opisać, dlaczego pełnia jest najpiękniejszym obrazem za niebie, po prostu… jest. Magiczna.
Lubię oglądać księżyc w bezsenne noce. Sprawia wrażenie otoczonego magicznym pyłem…