Melancholia
Naelektryzowana emocjami planeta, dotychczas skrywana przez Słońce, zmierza ku ziemi, by zakończyć jej żywot. Melancholia to był dziwny film. O tyle dziwny, że po jego zakończeniu siedziałam wpatrzona w wygaszony ekran i czułam dziwną obojętność na zapalające się wokół światła i ludzi opuszczających salę kinową. Tak samo czułam się po wyjściu na warszawską ulicę, która wydawała się jakby smutniejsza, jakby nieco mniej ważna.
Film ten obejrzałam już dłuży czas temu, jednak, tak jak po wyjściu z kina, tak i później, moje wargi oblepiło milczenie.
Znalazłam piosenkę. Przyjęłam ilość odtworzeń w dawce bliskiej tej, od której narkomani kończą swoją marną przygodę z życiem. Zlała się ze skórą, popłynęła żyłami, zawisła na rzęsach. Słucham jej i widzę swoją Melancholię, wymija właśnie Słońce i ukazuje swoje bezczelne piękno. Wyciągam dłonie wysoko ku niebu i szukam elektrycznych połączeń. Kumuluję czułość i pieszczę czarne chmury nad moją głową. Nie są groźne, chowają przed promieniami, które zbyt często parzą moje ciało.
Nie umiem mówić, zgromadzone słowa buzują w środku, trzęsą dłońmi. Dawno też nie składałam płynnie słów. Chyba jednak ciągła walka je zmęczyła, bo w końcu wychodzą ze mnie leniwie. Odważyły się nawet, by kilka z nich wypłynęło przez usta. Zderzyły się z murem obojętności i wróciły z płaczem. Przeszkadzały.
Za trzy godziny będę się oddalać. Coraz wyżej, aż ból przeszyje głowę i zagłuszy myśli. Zbyt wiele radości, oczekiwania, wątpliwości i smutku się w nie wplątało. Suche, spuchnięte oczy, zmęczone mrużeniem. Besztane, by nie otwierały się zbyt szeroko, nie widziały zbyt wiele.
Zamykam. Znikam.
taki piękny koniec świata ….