Niczego nie będzie żal
Koncert nad koncertami.

Skakałam, wydzierałam się z całych sił, chwilami do tego stopnia, że odbijałam się w pół przytomna od osób stojących obok próbując złapać oddech i równowagę. Doprowadzałam swój organizm do skrajności. Najgłośniej, najwyżej, najmocniej.
[włącz, zanim przeczytasz dalej]
Była jednak chwila ponad wszystko, co mogłam sobie kiedykolwiek wymarzyć. Wchodząc na mojego bloga wita Was zawsze jedno zdanie, mój osobisty jednolinijkowy hymn Niczego nie będzie żal. Pochodzi on z piosenki Leszek Żukowski, oczywiście Comy. Było kilka takich momentów w moim życiu, że jechałam pustymi ulicami w środku nocy i wykrzykiwałam swój hymn przez łzy. Może te słowa stały się moją wymówką na wszystko, może po prostu ucieczką. Wczoraj stały się wolnością.
Grali już bis, gdy usłyszałam pierwsze dźwięki Leszka. Z zamkniętymi oczami stałam prawie nieruchomo, zaciskając pięści i tłumiąc napływające we łzach emocje. Uwolniłam je szeroko otwierając usta, z których wydobywały się słowa, które kojąco ginęły w tłumie. Otworzyłam oczy i zobaczyłam jak Mati pomaga unieść na tłum kolejne osoby. Spojrzał na mnie i z ruchu ust wyczytałam ‘Chcesz?’. Po raz pierwszy w życiu nie tylko chciałam, ale i naprawdę tego doświadczyłam. Kilka sekund później byłam niesiona na dłoniach przez tłum krzyczących ludzi i ja sama z szeroko otwartymi oczami, rozpostartymi ramionami płynęłam i krzyczałam z całych sił, że niczego nie będzie żal… Chwilę później dotarłam pod scenę, ochroniarz ściągnął mnie przez barierkę. To była moja chwila.
Tuż za moimi plecami stał Roguc, przede mną setki ludzi. On, oni i ja, wszyscy krzyczeliśmy te same słowa. Chwila, która trwała kilka sekund stała się dla mnie wiecznością. Stałam, uderzałam pięścią w powietrze i z oczami pełnymi łez wbitymi w tłum wykrzyczałam swój hymn. Nie na pustych ulicach, nie pod osłoną nocy. Tym razem poczułam, jakby cały świat mnie usłyszał.

Ktoś, kto potrafi dostrzec swoje własne emocje w cudzej twórczości.
Ktoś, kto odkrywa, pochłania, przetwarza dźwięki w każdej komórce swojego ciała, by wyrzucić je wraz ze strumieniem łez już jako swoje.
Ktoś, kogo dźwięki ogrzewają, przeszywają, wprawiają ciało w delikatne wibracje, gdy umysł odlatuje w ekstazie.
Umiejętność takiego przeżywania muzy, –> to jest dla mnie definicja człowieka…
enjoy!
Ciezko napisac cos pod takim wspiem zeby nie zabrzmialo to banalnie…
Hmm… Znowu ten blog wywolal szeroki usmiech na mojej twarzy – keep on rockin’ :)
I dziekuje, choc nawet do konca nie wiesz za co.
:-)
ktoś kiedyś powiedział, że “Leszek…” to hymn młodego pokolenia, naszego pokolenia. I chyba coś jest w tych słowach.
podziwiam Twoją wrażliwość i umiejętność przeżywania całą sobą każdej chwili :)
pozdrawiam!
nie chcesz spróbować robić zespołowi zdjęć podczas koncertów?
Myślałam o tym, ale na razie byłam głodna koncertowego szaleństwa, teraz głód zaspokojony, można pomyśleć o zdjęciach :-)
lubię “Leszka Żukowskiego”. aż mam ochotę właśnie teraz tego posłuchać.
dla takich chwil chyba się żyje :)
PS jeszcze do użytkownika fi’j -> odnalazłam siebie w twoich słowach. taki proces właśnie we mnie zachodzi, zwłaszcza przy słuchaniu “Leszka”
Pozdrawiam
hmmm…śpiewanie dla ludzi musi byc niesamowite
aż żal, że nie dane mi śpiewać pięknie…;(
w moim ciele od wieków dreszcze wywołuje numer “100 tys. jednakowych….”
kocham go!
:]
jak juz ktos tu napisal “ciezko napisac cos pod takim wspiem zeby nie zabrzmialo to banalnie…”
dziewczyno, ty powinnas ksiazki pisac…
przed chwilą słuchałam tej piosenki pierwszy raz w zyciu.. mam ciary od palców u nóg po czubek głowy.. masakra! wyobrazam sobie co czulas na tym koncercie.. dzieki!
hehe, to musi być cudowne uczucie, być niesionym przez tłum. przyznam,że też w skrytości zawsze o tym marzyłam, ale nigdy nie starczyło mi odwagi by to zrobić. ;) zazdroszczę Ci. :>
było jednak kilka koncertów w moim życiu, które jak w twoim przypadku, podziałały na mnie oczyszczająco i przyniosły “katharsis”.
nie zapomnę woodstock’u 2003 i “wiktorii” Dżemu… to zabawne jak działa tzw. “zbiorowa świadomość”, emocje nie do opisania.
Oj Dżemu to tez bym sobie na żywo posłuchała. Szkoda, że nie ma tej możliwości jeszcze z Rysiem.
Nie zawsze są takie soczyste chwile. I nie zawsze przytrafiają się takim odważnym osobom. Dużo zostaje nieznalezionych, niewyciśniętych.
Chwała Ci.
(pozdrawiam z Wrocka też)
uwielbiam come, a zwłaszcza ta piosenke – niesie za soba tyle emocji…
Koncerty Comy zawsze dają takiego szalonego kopa, że później wspomina się je miesiącami z błogim uśmiechem. Zazdroszczę tego Leszka na wyżynach :)
Pozdrawiam :)
Uwielbiam Come, zwłaszcza pierwszą płytę. A Leszek… Tez zawsze utożsamiałam się z ta piosenką. Zawsze w trudnych chwilach dodawała mi otuchy… W tym miesiącu będą tez w moim mieście, chyba znowu się wybiorę (heh, który to już raz? ;))
Niesamowite ile prawdy jest w tej pieśni.
Trafne na dziesiątki sposobów.
*
Koncertowego oczyszczenia zazdroszczę. Pięknie opisałaś.
Wczoraj po raz pierwszy posłuchałam (trafiłam do Ciebie, bo spodobał mi się tytuł postu u Villka i no i dopiero google mi uświadomił, że to z piosenki Comy).
Od tej pory gra bez przerwy i nadal gęsia skórka i wzruszenie, piękne i mocne.
xx